Stanisław Wójtowicz. Twórczość malarska i graficzna
Wójtowicz należał do elitarnego Międzynarodowego Stowarzyszenia Grafików XYLON oraz do grupy MARG. Jego prace wygrywały wiele konkursów, trafiły do najbardziej prestiżowych muzeów świata, jak np. Museum of Modern Art w Nowym Jorku czy Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie. Był także wielką indywidualnością krakowskiego pejzażu artystycznego. O swojej twórczości pisał: „Zawsze interesowała mnie forma monumentalna i synteza zjawiska, które obserwowałem. Życie i natura dostarczają tyle niezapomnianych doznań, trzeba tylko, ażeby artysta, poprzez umysł swój i rękę, ukazał ludziom to, co naprawdę piękne i prawdziwe.” Wójtowicz był znakomitym grafikiem. Mówiono o nim, że jest wielkim poetą drzeworytu. Należał do pokolenia wielkich grafików polskich jak Jerzy Panek czy Józef Gielniak, z którymi zresztą się bardzo przyjaźnił. Sam siebie jednak zawsze uważał za malarza. Może właśnie dlatego tak dobrze rozumiał wagę czerni i bieli w grafice, i może właśnie to pomogło mu zdobyć najwyższe uznanie na tym polu.
Czerń zmierzchu i biel świtu
O Stanisławie Wójtowiczu pamięta dzisiaj wąskie grono grafików, historyków sztuki i jego przyjaciół. Jak na ironię za życia znany był bardziej na całym świecie niż w Polsce. Pytany w wywiadach, czy są jakieś kraje gdzie w muzeach nie ma jego grafik, kokieteryjnie odpowiadał, że „chyba na Księżycu, ale i tam może otworzą w najbliższym czasie Galerię sztuki lub muzeum i przypuszczam, że w tym »Księżycowym Muzeum« prace moje się znajdą”. Jak mało który artysta może poszczycić się obecnością swoich prac w takich miejscach jak Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Ze swoimi grafikami jeździł wszędzie, zdobywał najwyższe nagrody, należał do elitarnego ugrupowania XYLON , oraz grup „Marg” i „Krąg”, w Polsce jednak indywidualnie prawie nie wystawiał. Miał tylko jedną dużą wystawę indywidualną zorganizowaną w 1971 przez D. Józefikową w Desie w Krakowie. Kolejna, na której zaprezentował większą liczbę prac to wystawa rodziny Wójtowiczów w SPAP „Plastyka” w 1981 .
Nie lubił ugrupowań. Wolał działać w pojedynkę, tak, jak inni samotnicy, mistrzowie - jego najwięksi przyjaciele i rywale: Jerzy Panek i Józef Gielniak. Razem stanowili Trójcę Świętą grafiki swojego pokolenia.
Jego kariera artystyczna zaczęła się malarstwem. Studiował u Z. Pronaszki, E. Eibischa i J. Fedkowicza na krakowskiej ASP. Jak na ironię, wyrosły z tradycji malarstwa kolorystycznego Wójtowicz zwrócił się ku grafice posługującej się jedynie czernią i bielą. Mówił: najbardziej lubię czerń i biel, czasem wprowadzam w grafiki czerwień, błękit, złoto, srebro, bo to moje ulubione kolory... Jest paradoksem, że pomimo, iż zawsze uważał się za malarza , największym jego osiągnięciem była grafika, którą traktował naprawdę poważnie . Toteż graficzne i malarskie dzieło Wójtowicza należy rozpatrywać absolutnie osobno.
Najbardziej cenił i był wierny drzeworytowi. Mówił: „...zajmuję się: drzeworytem, akwafortą, suchą igłą, miedziorytem, ale przede wszystkim – poza malarstwem, któremu jestem wierny – drzeworyt. Przede wszystkim dlatego, że lubię drzewo. Praca nad drzeworytem przypomina mi realizowanie rzeźby. Wydaje się, że deska drzeworytnicza jest autonomiczną płaskorzeźbą” . Wójtowicz w istocie tak je traktował i prezentował na wystawach jako obrazy i rzeźby jednocześnie. O ich statusie świadczą także stalowe ramy, nadające dziełom nie tylko urodę („Ewa jabłkiem nas kusiła”).
Większość desek drzeworytniczych Wójtowicza to deski kreślarskie, na których artysta wykonywał kompozycje po obydwu stronach. Nie jest to materiał typowy jako podłoże dla grafik; posiada dwie poprzeczne podpórki na odwrocie, które utrudniają pracę i wykonywanie odbitek. Okazuje się jednak, że w tym czasie był to materiał najłatwiej dostępny, tani, nadto doskonale wysuszony i sklejony. Artysta zaskakująco zmieniał jego przeznaczenie.
Zapach farby drukarskiej wskazuje na żywą pamięć materiału o twórcy. Niektóre deski są jasne i mocno wydrążone. Widać poświecony im czas. Na innych farba ogarnia wszystko, wdziera się w każdy zakamarek, każde wydrążenie. Jedne noszą ślady dużej ilości odbitek: są gładkie, ich powierzchnia błyszczy, jest wypolerowana przez czas i papier. Powierzchnia innych jest szorstka ledwo nasiąknięta farbą, kreski ostre, kanciaste. Są deski ładne i brzydsze, gatunkowo lepsze i gorsze. Dają one przyjemność obcowania z pra-materiałem, są dowodem żmudnej pracy i zaniechań: słoń lub byk na jednej z nich to kilka porzuconych kresek w nieposłusznym materiale, który nie ulegał woli artysty, łuszczył się i odpryskiwał. Wreszcie dają one rzadką możliwość prześledzenia procesu twórczego, są śladem procesu myślenia i warsztatu. „Wszystko u mnie zaczyna się od konkretnego przeżycia, jakiegoś wrażenia, nawet wydarzenie całkiem codzienne, bardzo drobne czasem, sugeruje mi wyobraźni rozmaite znaki i układy formalne, robi natychmiast mnóstwo szkiców, aby zapamiętać, a potem mając te szkice do dyspozycji – na płycie właściwie improwizuję.” „Figura” (tusz, tempera 1972 r.) to jeden z takich szkiców, notatka umieszczona w czerwonej ramie passe-partout, obwiedzionej zygzakowatym wzorkiem jak ludowa wycinanka.
Najbardziej charakterystyczną cechą grafik Wójtowicza jest posługiwanie się metaforą i rytmem. Właśnie dlatego nazywano go wielkim poetą drzeworytu. Przekonuje o tym także porównanie jego prac z dziełami Jerzego Panka. O ile Panek tworzył graficzne haiku, o tyle Wójtowicz - wiersze. Jerzy Harasymowicz mówił o nim: „...jesteś poetycki i zupełnie nie literacki” .
W szkolnym doświadczeniu, w którym nauczyciel przeciąga magnes pod powierzchnią z rozsypanymi opiłkami stali, wiórki podążają za niewidzialną dłonią pedagoga. Układają się w tajemnicze kształty, stają dęba, to znowu kładą się na podobieństwo zwierzęcej sierści lub wirują. Podobnie Wójtowicz na swoich deskach rozsypuje tysiące maleńkich czarnych plamek i porządkuje je pociągnięciem dłoni. Kształty są strzępiaste rozbiegane, ostre jak metalowe wiórki, jak rozbita szyba z ornamentem pęknięć, jak rozsypane kawałki szkła. To rozsypane okruchy światła, skrzętnie zebrane rylcem artysty i oddzielone od ciemności czerni.
Narzędzia, którymi posługiwał się Wójtowicz w budowaniu swoich grafik to rytm i sekwencje, dlatego wydaje się zupełnie słuszne porównanie jego dzieł z muzyką, a metody pracy z metodą kompozytora. Zawsze podkreślał, że pracuje przy muzyce: „Pracuję na ogół od 3 do 9 rano. Na ogół przy muzyce, najbardziej uwielbiam koncerty brandenburskie Bacha ”. „O jak bardzo szczęśliwy / bo mogę słuchać różnych melodii / od Bacha do Szymanowskiego...” Dowodem na muzyczne asocjacje sztuki Wójtowicza jest grafika pt. „Kataryniarz II”, nie tylko z uwagi na temat, ale szczególnie na ze względu na jej konstrukcję. Ta mała, niepozorna deska przyniosła autorowi spore uznanie . Dopiero po przeczytaniu tytułu dostrzegamy głównego bohatera, skrytego niemal całkiem za instrumentem. Sekwencje czarnych bloków układają się w takty melodii, lekko poprzesuwane i postrzępione tworzą zacinający się, trzeszczący rytm starej katarynki.
Kierunki w poszukiwaniu własnej formy wypowiedzi, począwszy od graficznych prób z słyszalnymi echem tradycji młodopolskich, później ekspresjonistycznych i nowoczesnych, zrazu nie zdradzały cienia owej syntezy, owego zdecydowania w cięciu płaszczyzny na plastry czerni i bieli. Początkowo stanowczość tę odnajdywał w pejzażach z Lanckorony, serii ptaków – dziwnych prehistorycznych widziadeł – i znakomitych pejzażach włoskich. Najlepsze z nich to „Sycylia” (1957) - mapa i jednocześnie żywy organizm jakiejś groźnej, zębatej rosiczki, „Wenecja” (1858), o której Jerzy Stajuda w znakomitym eseju napisał, że jest to „polifoniczny utwór na dwa głosy” oraz „Pompeja I” (1959), oddająca klimat labiryntu wąskich uliczek martwego miasta.
Ostatecznie nieomylna kategoryczność i determinacja decyzji przyszła w latach 60. akurat wtedy, kiedy w sztuce wielu artystów pociągała symetria. On także szybko zauważył jej cnoty. Symetria - matka adekwatności, braku wahań, należytości, powinności, prawidłowości wreszcie harmonii i proporcjonalności. Symetria wprowadza ład. Pozornie rozbiegane i migocące na bieli papieru plamy pozwalają się spostrzec oku według odpowiedniej kolejności. Najpierw te honorowo ulokowane w centrum - duże i ciężkie. Dalej drobniejsze wątki na poboczach, odpryski myśli, dywagacje. Dzięki temu oko nie błądzi, za jednym zamachem obejmując całą myśl artysty. Symetrię artysta czerpie z natury. To ona pomaga naturze poukładać wszystko według hierarchii. Jest ona także źródłem wójtowiczowej biologii, kształtów zoomorficznych, roślinnych, czasem zupełnie niezrozumiałych, ale bujnych i żywych („Kwiat życia”, 1967). Co więcej, symetria nadaje nawet drobnym formom monumentalność i powagę, które odtąd pozostaną cechami wspólnymi wszystkich dzieł Wójtowicza. „Zawsze interesowała mnie forma monumentalna i synteza zjawiska które obserwowałem. Życie i natura dostarczają tyle niezapomnianych doznań, trzeba tylko, ażeby artysta, poprzez umysł swój i rękę, ukazał ludziom to, co naprawdę piękne i prawdziwe” .
W „Kompozycji” mrugające oko otwiera zębatą przestrzeń; czeluść światła między dwoma kotarami czerni. Są też rozczochrane „Sny” z tysiącem odnóży i wypustek. Niekonkretne, trudne do opisania, zacierają się w pamięci zaraz po otwarciu oczu. W tych biologicznych i geometrycznych, abstrakcyjnych pejzażach (cykl „Miast”) często pojawia się słońce. Płaskie jak plaster pomarańczy służy organizowaniu przestrzeni, jest odnośnikiem dla pozostałych kształtów, jest wyznacznikiem ich skali.
Znaczący jest cykl „Epitafów”, jednookich cyklopów, mitologicznych stworów. To cykle wspomnień o światowidach, o kamiennych posągach z Wysp Wielkanocnych, o murzyńskich i indiańskich maskach. Widać wyraźnie inspiracje sztuką Afryki , Meksyku i sztuką Indian. To poważne, srogie wizerunki, echa totemów, stelli nagrobnych. Wreszcie „Epitafy” elegancko ułożone w ramach z koronkowych ornamentów to wspomnienia o chuście Weroniki. Nie używając słów, milcząco dają świadectwo o czasach sprzed wieży Babel. Milczy także figura „Człowieka” - portret bez twarzy, figura anonimowa i „Człowiek II”, ukazujący przeciwieństwo intelektu i emocji. Jego głowę otaczają cyfry, nie wdzierając się jednak do ciała, rządzonego miłością skrytą pod symbolem serca.
Malarstwo Wójtowicza spełnia całkowicie odmienną funkcję, Odkrywa absolutnie prywatną ikonografię i mitologię Wójtowicza. O ile w grafikach artysta mówi o otaczającym go świecie, o tyle w malarstwie mówi o tym co, dotyczy jego i jego najbliższych; z takim też przeznaczeniem malarstwo to powstawało. Artysta opowiada historie wyraźnie zawieszone w czasie i miejscu, tworzy własna symbolikę. Jest wyraźnie figuratywny, czasem buduje obraz na zasadzie collage’u, bliski jest malarstwu surrealistycznemu czy sztuce K. Mikulskiego („Milano”) Prowadzi dialog z twórczością innych mistrzów, cytuje. Jeden z pejzaży pt. „Rozmowy nocne” powstał na reprodukcji obrazu „Wieś” Vincenta van Gogha. Wójtowicz wielokrotnie podkreślał swoje uznanie dla wielkich mistrzów. W „Autoportrecie w blaszanym hełmie” (1980) umieścił się na tle autoportretów Rembrandta, Dürera, Van Gogha i Picassa. Blaszany hełm jest zwykłym lejkiem. Czy oznacza on błazenadę i komedianctwo w obliczu wielkich autorytetów? Na kolejnym „Autoportrecie w szelkach” nocnymi towarzyszami artysty są kot i - ponownie - Pablo Picasso. „To wspaniały malarz, cudowny człowiek. Cokolwiek miałbym do powiedzenia o nim, wszystko byłoby tylko w superlatywach” . Inny „Autoportret” przedstawia odbicie w lustrze. Artysta w piżamie goli się rano po skończonej pracy; ma zmęczone pracą oczy i biały krem do golenia na twarzy. Wójtowicz zwykł pracować w nocy, kiedy wszystko dookoła śpi z wyjątkiem jego kotów. To one wraz z muzyką były najwierniejszymi towarzyszami artystycznych wędrówek po drogach i bezdrożach sztuki. „Jestem bardzo szczęśliwy / kiedy mogę rysować i malować / całą noc / ... Cisza, gwiazdy mi towarzyszą / a także mój mały kotek „Pepuś” / który nie wytrzymał już trudu / tej nieprzespanej nocy / i położył się w pudełku / z pomarańczy „Hiszpańskich” / by znowu rano mi towarzyszyć...” Koty są jednym z najważniejszych wątków jego twórczości, umieszcza je niemal na każdym obrazie. Na części z nich sam się z kotem utożsamiał. Tak jest w obrazie, na którym przy stole z czajniczkiem herbaty siedzi kot, a w tle naga kobieta upina włosy w łazience. Wystarczy porównać poważne, skośne, skupione kocie oczy z „Autoportretem w blaszanym hełmie”. Podobnie w „Portrecie Celiny Styrylskiej w czerwonej sukni”, artysta ponownie sportretował siebie pod postacią kota.
Równie ważne jak koty w jego twórczości były kobiety (w naszej kulturze od tysięcy utożsamia się naturę kobiety i kota). Celina - jego muza i femme fatale - na obrazach jawi się jako kobieta drapieżna o agresywnej urodzie, mocno wymalowanych czerwonych ustach - kobieta wyzwolona. Znakomity portret „Celina” to obraz o wielkiej ekspresji, w którym słychać echa Ensora czy Van Dongena. Na „Portrecie Celiny Styrylskiej - Taranczewskiej”, biały pies przynosi jej czerwoną różę w pyszczku: symbol wierności i miłości?
Przeciwieństwem femme fatale jest żona artysty, którą sportretował jako „Gołąbeczkę”. W każdym wywiadzie podkreślał swoją ogromną miłość do niej. Na jednym z obrazów „Portret żony z Pepusiem” namalował ją w kwiecistej sukni, z której na ziemię spadł jeden kwiat. Obok leży paleta, na ścianie zaś wisi jeden z obrazów Marii - bukiet kwiatów . Na portrecie syna „Mariana z tygrysem Pepusiem” kłębią się dziwne maszkarony i zjawy. Wszystko jest tu nieco przejaskrawione i straszne, jak nieposkromiona młoda wyobraźnia. Tylko pośrodku siedzi biała gołębica, zapewne żona artysty i matka portretowanego.
W jednym z ciekawszych obrazów „Sen - Autoportret – Artysta z motorem” wyczuwalny jest magiczny, chagallowski nastrój. W nocy po lanckorońskich dachach łażą czarne koty, a nad nimi unosi się artysta z paletą w ręku. Obok niego, na purpurowym niebie widać białe gołębie. A może są to spadające anioły? Freudowskie skojarzenia budzi śmigło, które artysta namalował sobie w miejscu przyrodzenia.
Sztuka Stanisława Wójtowicza, odzwierciedlała jego naturę. Pociągały go przeciwieństwa, dwoista natura świata jak np. koty i ptaki czy dwie tak odmienne kobiety. Wreszcie sam, uznając prymat koloru, przewrotnie skierował się od malarstwa z ducha kapistowskiego ku jego zaprzeczeniu – grafice, gdzie barwa istnieje w swojej najoszczędniejszej formie: czerni i bieli czyli światłu i jego brakowi. O jego sztuce Helena Blum napisała: „W sumie grafika ta miała charakter malarski w magii bieli i czerni.” Istotnie, jego prace oddziaływają magią. Budował w nich tajemniczy most miedzy tym, co realne a tym co nierealne, fantastyczne. Most między figuracją i abstrakcją, dźwiękiem i ciszą, literą i frazą, materią i próżnią. Między negatywem i pozytywem.
Monika Branicka
| S.Wójtowicz - teksty | S.Wójtowicz - malarstwo | S.Wójtowicz - grafika |